ZPB.by

Sunday, Oct 21st

Last update11:15:31 AM GMT

You are here: Społeczeństwo Gospodarka Czy polska ekonomia i bankowość mają się dobrze?

Czy polska ekonomia i bankowość mają się dobrze?

Email Drukuj PDF

Czy polska ekonomia i bankowość mają się dobrze?Rozmowa z prof. Stanisławem Flejterskim, kierownikiem Katedry Bankowości i Finansów Porównawczych US
Jest Pan osobą nietypową. Umie Pan łączyć teorię z praktyką…

- Najtrudniej jest mówić o sobie samym… Mam 63 lata. Ktoś ze znajomych zauważył niedawno, że jestem już w wieku senatorskim albo senackim… Wypowiedź tę przyjąłem za dobrą monetę i wróżbę, bo mam duże poczucie humoru i autoironii, zachowuję spory dystans do siebie. Pamiętam jak w maju 2000 roku byłem w delegacji naszego uniwersytetu w Paryżu. Wręczaliśmy tam doktorat honorowy wielkiemu redaktorowi Jerzemu Giedroyciowi. Była w tym jakaś przekora, ale i mądrość życiowa. W takim wieku i przy tylu dokonaniach, wygłosił opinię, która dla mnie jako ekonomisty, była sporym zaskoczeniem. Otóż stwierdził on wówczas, że „niczego w życiu nie dokonałem”. To jest zdanie wyjęte z ówczesnej wypowiedzi red. Giedroycia. Uważam, że dokonał on dla Polski rzeczy wielkich. Wspomnę tu tylko o wydawaniu, przez długie lata, Paryskiej Kultury. To fenomen nie do przecenienia.
Trzeba mieć dystans do siebie samego oraz poczucie relatywizmu. Chciałbym w tym kontekście odpowiedzieć na pańskie pytanie: czy ja w swoim życiu już czegoś dokonałem? Myślę, że jak człowiek ma tyle lat, ile ma, i ma nadzieję, że trochę czasu mu jeszcze zostało, to może śmiało powiedzieć, że starał się przez całe swoje życie. Mogę powiedzieć też o sobie skromnie, że całe życie ciężko pracowałem, cokolwiek robiłem. Obca mi była jazda na gapę…

Ciężka praca zaczęła się już na studiach…
- Studia ukończyłem w czerwcu 1970 roku. Potem był szybki doktorat z międzynarodowych stosunków gospodarczych, który obroniłem w styczniu 1974 roku. To był początek mego wejścia w karierę naukową. To wszystko działo się jeszcze w starym systemie. Na szczęście udało się nam i dożyliśmy roku 1989.
Muszę się tu przyznać, że długo nie wierzyłem, że nam się to uda. Dopiero kiedy pojawił się Gorbaczow i cały towarzyszący mu niezwykły splot różnych okoliczności, i Ronald Reagan, i Margaret Thatcher, i Solidarność, a zwłaszcza papież Jan Paweł II, udało się nam, praktycznie bez rozlewu krwi, osiągnąć bardzo dużo.
Myślę, że oceniając moje dokonania, to są one arcyskromne, jak dokonania niemal każdego pojedynczego człowieka. Ja starałem się zawsze pracować rzetelnie. I w starym i obecnym ustroju starałem się zawsze robić swoje. Zawsze też byłem człowiekiem prospołecznym i propublicznym. Tak było, kiedy byłem prezesem ministrantów w Darłowie, gospodarzem klasy, działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich, czy po latach przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Młodych Pracowników Nauki w Szczecinie. Może mam geny lidera?
Lubię też, z perspektywy lat, być także w tle. Być szarą eminencją i dobrym duchem. Moje najważniejsze związki z życiem publicznym i społecznym oraz praktyką zaczęły się na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Za okres wcześniejszy nie mam sobie nic do zarzucenia. Nic złego nikomu wówczas nie zrobiłem. Byłem przyzwoitym człowiekiem, jak miliony innych w owym czasie.

Przyczynił się Pan też do powstania Uniwersytetu Szczecińskiego pracując w roku 1985 jako sekretarz Komisji Organizacyjnej powstającej uczelni…
-Przyczyniłem się trochę do powstania naszego uniwersytetu. Byłem przez 9 miesięcy, na zaproszenie prof. Kazimierza Jaskota – naszego pierwszego rektora, sekretarzem Komisji Organizacyjnej US. Napisałem też pierwszą wersję przemówienia dla ministra Benona Miśkiewicza, które wygłosił, bez prawie żadnych zmian, w dniu inauguracji naszej uczelni. Napisałem o szczecińskiej racji stanu, o naszych uwarunkowaniach, o specyficznym położeniu naszego miasta, o tym dlaczego ten uniwersytet powstać musiał. Mam wrażenie, że to się udało. Chociaż to dopiero niewiele ponad ćwierć wieku.

Potem były lata przełomu…
- Prawdziwy przełom, zwrot w mojej karierze, związany był z latami 1989-1990 i ze zmianami, które wówczas się rozpoczęły. Myślę, że jestem dziś wielkim szczęściarzem, bo stałem się beneficjentem tych zmian, jak miliony innych Polaków.
Uważam, że mijające dwudziestolecie: lata dziewięćdziesiąte i następująca po nich druga i trzecia dekada transformacji, to wielki polski sukces. Sukces? Może na dwie trzecie, może na trzy czwarte? Jestem dumny, może też i trochę wściekły, bo w tym czasie można było zrobić więcej? Uważam jednak, że głównie nam się udało.
Stałem się, jak już wspomniałem wcześniej, beneficjentem zachodzących zmian. I tak w roku 1991 rozpocząłem swoją 9-letnią karierę w bankach komercyjnych jako menedżer. Byłem 3 lata w Banku PEKAO S.A., 3 lata w Banku Inicjatyw Gospodarczych BIG S.A. i 3 lata w banku austriackim Bank Austria Creditanstalt. To były nowe, ważne doświadczenia życiowe i zawodowe.
Prowadziłem też w tym czasie zajęcia na uniwersytecie. Miałem wówczas wrażenie, że studenci wiedzą, że ja wiem, o czym mówię. Oni takich ludzi zawsze szanowali. Wiedzieli, że jestem praktykiem. A ja miałem świadomość, że praktyka jest równie ważna, jak teoria. Zawsze miałem kult praktyki.
Dziś, aby uprawiać ekonomię czy finanse, to trzeba wyjść z wieży z kości słoniowej i zająć się realnymi problemami, których na tym świecie, w Polsce i w naszym regionie jest bardzo dużo. Im dłużej żyję, tym bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że nikt nie ma monopolu na mądrość. Niektórym się wydaje, że taki mają, ale to tylko tak im się wydaje. Ja też go nie mam.
Przeczytałem dużo w swoim życiu. Prawie wszystkie ważne książki na temat ekonomii, którą zajmuję się przez ostatnie 40 lat. Byłem przy narodzinach dwóch funduszy w Szczecinie: funduszu poręczeniowego i funduszu pożyczkowego. Jestem w ich radach nadzorczych od początku, a od paru lat przewodniczę im. Są to instytucje parabankowe, bardzo ważne dla rozwoju mikro i małych przedsiębiorstw.

Jaka jest dziś kondycja polskich banków? Jaki procent z nich jest w naszych, polskich rękach?
- Kapitał zagraniczny kontroluje w Polsce około 70 proc. sektora bankowego. Taki procent nie stanowi jeszcze rekordu Europy, ale jest jednym z wyższych wskaźników na naszym kontynencie. Są też kraje, gdzie ten wskaźnik wynosi prawie 80, 90 czy nawet i 100 proc.
Pisałem o tym w latach dziewięćdziesiątych, kiedy problem był jeszcze aktualny i warto było o tym dyskutować. Ale to się już stało. Dziś duży procent sektora bankowego w Polsce jest pod zagraniczną kontrolą.
Patrzę na to bardzo pragmatycznie i bardzo realnie. Polska nie miała na początku lat dziewięćdziesiątych wielkiego kapitału. Dzięki zagranicznym pieniądzom mogliśmy dokapitalizować wiele banków. Są z tego liczne korzyści. Mamy bowiem nowoczesny i relatywnie bezpieczny system bankowy. Minusem natomiast tego zjawiska jest fakt, że zyski trafiają do akcjonariuszy, którzy mieszkają za granicą, a nie w naszym kraju.
Krótko mówiąc, zysk jest wypracowywany w Polsce, na polskich klientach, a potem w dużym stopniu – w około 70 proc., wraca np. do USA, Niemiec, Francji, Austrii, Włoch, Hiszpanii czy Portugalii.
Spotyka się też często opinie, które są trudne do udowodnienia, że zagraniczne banki w naszym kraju odmawiają kredytowania polskiego biznesu, oferując swą finansową pomoc zagranicznym firmom działającym w Polsce. Takie praktyki, jeśli miały miejsce, uważałbym za niepożądane.

Jakie niebezpieczeństwa wynikają z tego dla nas?           
- Widzę tu dwa wielkie niebezpieczeństwa związane z nadreprezentacją kapitału zagranicznego w sektorze bankowym w Polsce. Wolałbym, aby była tu np. przybliżona równowaga, aby te proporcje były zdecydowanie inne, na przykład 49:51.
Jednym z tych niebezpieczeństw jest transfer zysków, a drugim fakt, że główne decyzje, dotyczące polskiego systemu bankowego, podejmowane są poza naszymi głowami i granicami - czyli gdzieś w Madrycie, Lizbonie, Mediolanie, Paryżu, Frankfurcie nad Menem czy Nowym Jorku.
Chciałbym tu zabrać głos jako ekonomista, a nie polityk, bo nim nie jestem. Banki, które funkcjonują w Polsce, muszą respektować polskie prawo i je respektują. Czyli nic złego się nie wydarzyło. W XXI wieku żaden bank komercyjny w Polsce nie upadł. Okazało się, że system regulacji i nadzoru nad bankami w naszym kraju działa relatywnie skutecznie.

Jakie zmiany, jako ekonomista i bankowiec, uważa Pan za najpilniejsze i najbardziej konieczne?
- Przez ostatnie tygodnie byłem namawiany, aby kandydować do Senatu RP. Wyraziłem w końcu na to zgodę, bo się coraz bardziej niepokoję o losy Polski, polskiej gospodarki, polskich finansów publicznych i prywatnych. I także instytucji bankowo-finansowych w Polsce.
Żyjemy w czasach niepewności, ryzyka i ekonomii wiedzy niedoskonałej. Za pół roku, dwa czy trzy lata obecny kryzys rykoszetem może i nas dotknąć, choć jeszcze trzy, dwa lata temu mogliśmy o Polsce powiedzieć z dumą, że jesteśmy zieloną wyspą. Ale nie udawajmy, że nas kryzys nie dotyczył czy nie dotyczy. Tak nie jest. Przeżywamy przecież jego różne konsekwencje. Ostatnie np. zawirowania ekonomiczne u naszego niemieckiego sąsiada mogą odbić się i na naszej gospodarce. Ta zachodnia lokomotywa napędza przecież, w dużym stopniu, i naszą gospodarkę. Każdy jej sukces to w pewnym sensie i nasz sukces, a każde jej spowolnienie powinno nas martwić. Jeśli na świecie panuje kryzys, czemu nie da się zaprzeczyć, to niemiecki eksport zmniejsza się i niemiecka lokomotywa zwalnia.

A jak widzi Pan przyszłość naszego regionu?
- Wierzę też w szeroko rozumiany sektor usług nowoczesnych. Zostawiam na boku turystykę i rolnictwo, które i tak będziemy nadal rozwijać. Miasto Szczecin ze swoim brakiem centrum, rozproszeniem - „zbiór nigdzie gęsty” i problemami demograficznymi to wielki problem do rozwiązania. Inaczej jest z regionem. U nas znajduje się dziś najwięcej miejsc noclegowych. I to powstało w ostatnich latach. Pamiętajmy choćby o dużej liczbie Niemców, którzy odpoczywają w Kołobrzegu przez cały rok.
Mam nadzieję na rozwój szeroko rozumianego sektora usług nowoczesnych, takich jak np. usługi edukacyjne. Cieszę się, jeśli powstają strefy, parki, klastery, inkubatory, centra, jeśli powstaje na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technicznym centrum nanotechnologii, a na Wydziale Zarządzania i Ekonomiki Usług US Centrum Service Inter-Lab, jeśli tworzy się rozmaite struktury zorientowane  na nowoczesne branże i projekty.
Naszemu rozwojowi silnie sprzyja transfer funduszy od Polaków pracujących za granicą oraz dopływ funduszy unijnych. Nie bardzo wiem, czy są one właściwie wykorzystywane? Nie można brać tych pieniędzy tylko dlatego, że są. Cała gra polega na tym, jak w Szczecinie stworzyć nie tylko „made in Szczecin” ale „created in Szczecin”? Jak wygenerować tu całą serię nowoczesnych struktur, projektów oraz osób, wokół których to się kręci: profesorów, doktorów, innowatorów, ludzi mądrych, którzy są biegunami, generatorami, lokomotywami wzrostu?
Kiedy ktoś zapyta, gdzie znajdują się dziś klucze do rozwoju Szczecina, to mu odpowiem: klucze do Szczecina są w Szczecinie… Ale ważne, dodatkowe klucze do Szczecina są również w Warszawie, Brukseli i Berlinie. Od nas samych jednak zależy najwięcej.
Uważam, że w każdej partii są mądrzy i … mądrzy inaczej … Warto więc się spotykać i z tymi mądrymi budować. Albo pomagamy i wspieramy się, albo szkodzimy sobie. Tu herezja - z czterech działań matematycznych najważniejsze są dwa: dodawanie i mnożenie. Ja chciałbym dodawać i mnożyć. Natomiast krytycznie odnoszę się do odejmowania i dzielenia, również Polaków. Ta prawicowa wojna polsko-polska jest dla nas szkodliwa. Czas to zmienić.

Joomla